|
środa, 04 kwietnia 2007
4 kwietnia Kontrola z Polserwisu. Latają chłopaki po sklepach, nas mają w dupie. Tylko część naszych musi dłużej czekać na powrót do „grandu” (jedno z miejsc noclegowych ludzi naszego kontraktu), bo oni muszą naszym samochodem swoje sprawy załatwiać. Największe branie ma margaryna RAMA – nie smakowałem jeszcze, ale żeby po margarynę aż za żelazną kurtynę? Geodeta chory. Mózg mu wycieka przez nos. Ale roboty nie odpuszcza. Na jutro zapowiadają dodatkowe deszcze – nie wyschnę. Nie umiem tu kupować – wszystko wychodzi drogo. Już wydałem 50 DM mimo, że szamki miałem z domu na tydzień. Inni tu żyją podobno za 200 DM miesięcznie. Muszę się nauczyć kupować. Oni tu jakąś psychologię uskuteczniają. Już któryś raz kupuję coś, czego nie potrzebuję. Mają tak poukładane, że na końcu sklepu człowiek odczuwa ulgę i kupuje cokolwiek, byle gówno, byle było tańsze od tego, co przed chwilą widział. Dzisiaj kupiłem album po niemiecku – jakaś historia świata – 19,99 DM. Mam już stojak na kasety, choć kaset nie mam, kupiłem koszulkę z burackim nadrukiem golfisty w takim wieloruchu jak Duchampa „Akt schodzący po schodach” – gdzie mi do golfa. Do tego się pruje po pierwszym ubraniu. Manipulują w tym sklepie jak dzieckiem. Sztuczka chyba w układzie towarów. Będę teraz po wejściu zasuwał na sam koniec sklepu i zacznę kupować od końca, pod prąd, tak, że na mecie, jak będę już rozmiękczony widokiem towarów będę miał tylko chleb, a nie rzeczy niepotrzebne z cenami kończącymi się na 9. No i pięciu bochenków przecież nie kupię. Tą obronę przed wciskaniem towarów muszę wygrać. Podaż nie może kreować popytu. Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz...
wtorek, 03 kwietnia 2007
3 kwietnia Dojechało trochę ludzi i tak już będzie przez najbliższe dwa miesiące. Fizycznych 74 – za mało, majstrów 5 – za dużo, kierownik niekompetentny, Kaziu zamawia stal i drzemie, Wojtek robi szum...A statek płynie.Pierwszy raz w sklepie. To niebywałe - oni mają wszystko! Jakżesz to wciąga! Wydałem dwie dychy i wybiegłem kompletnie walnięty. Nie sądziłem, że tak może być w sklepie. Coś tu chyba jednak nie tak, bo to niemożliwe, żeby wszystko można było kupić. A wszystkie ceny kończą się na 99! Taka sztuczka. No i kupiłem na koniec koszulkę – nie wiem po co.Jestem przemarznięty, przemoczony, zaniedbany – padam na pysk. Zapowiada się gorzej: wysiadają mi achillesy – kwiczę gdy idę po schodach. Chyba nie powinienem w niedzielę nogom odpuszczać. Dwunastnica – klin klinem - zagłusza nowe bóle.
poniedziałek, 02 kwietnia 2007
2 kwietnia – niedziela Wszyscy poszli do kościoła. Zbyszek, pierwszy sekretarz PZPR kombinatu nie jadł śniadania, jedynie wyszorował zęby, żeby bimbrem nie zrażać księdza jak pójdzie do komunii. Pierwszy wyjazd na Monachium. Deszcz. Nic nie widziałem, prócz tego, że to wielkie miasto. Geodeta załatwił telewizor. Antena ze starej felgi rowerowej. Po południu dołożyli lokatora. Hmm... Zaczął od wykruszania obesranych gaci. Bokiem do stołu siedział. Ma być majstrem wykończeniówki. Niemiecki pierwsza klasa. W Wolnym Mieście rodzony i chowany. Reinhard jemu dali. Renek znaczy się.Na obiad usmażyłem sobie kiełbasę, popiłem zimnym mlekiem. Czytam Gombrowicza. Telewizor jak się zagrzeje, to śmierdzi kwaśnym piwem. Usypiam z książką na nosie. Śni mi się, że jestem w Firodze i piję piwo z Szeryfem. Zrywam się, bo nie mam czym zapłacić. Skąd ta Firoga? To ten zapach telewizora. A skąd ten brak pieniędzy?
niedziela, 01 kwietnia 2007
1 kwietnia – sobota Praca do 1600 – aż dziwnie. Pierwszy prawie tydzień wychodzi po 10,6 godziny dziennie. Ludzie mówią, że tydzień był spokojny i wyszło mało godzin. Mało godzin - mało marek. Zapamiętać: jak na grzybach o grzyby, na rybach o ryby, tak tu o godziny najwięcej chodzi.Chciałem zrobić Piotrowi prima aprilisa – wpadłem o 1000, godzinę po rozpoczęciu betonowania, udaję przestraszonego i melduję, że wysadziło szalunek. Kazał wrócić na strop. Przybiegł zatroskany szczerze Romek. Jak zobaczył, że to jaja, powiedział: „no to teraz zobaczysz”. Faktycznie, po kilkunastu minutach przybiegł z Niemcami. Taki kutas! Do kraju, do Polnordu też zdążył zadzwonić. On chyba faktycznie walczy o życie, a ja jestem dla niego szpilą bolesną. Co robi Kaziu? Ludzie mówią o nim „panienka z okienka”. Kto głośniej krzyczy ten rządzi. Mój głos przytłacza wszystkie. Jednak póki co, to jeszcze nie wiem co krzyczeć. Wreszcie zaczepił mnie Kaziu. Wdrapał się nawet na rusztowanie.- Nie sądzi pan, panie kolego, że nasi niemieccy koledzy przyjmują zbyt wysokie Fa w strefie przypodporowej, przy pominięciu korzyści jakie może przynieść dłuższe zakotwienie. Co by pan powiedział, gdybym zorganizował taką inżynierską konfrontację? - A chuj z nimi – odpowiedziałem i zeskoczyłem z rusztowania. Został i się zdziwił, że tak łatwo wejść, a tak trudno zejść.Romek mówi, że Kaziu nie robi nic. - Jestem tu do czerwca, mam już odłożone škodę i sram na panienkę z okienka. Niech tu ich wszystkich chuj trafi...Brygadzista zbrojarzy miał krwotok z nosa. Kierownik na to: do góry nogi panie - to góry. Ja próbowałem oponować, że odwrotnie, a on: nie będziesz mnie uczył, tu nie Polska. Nie ma środków opatrunkowych. Wojtek mówi, że Piotr się boi kupić. Bo to się trzeba będzie tłumaczyć potem z limitów, które i tak są przekroczone. Nigdy w życiu nie widziałem tak ciężko zapierdalających ludzi. Hitler nie osiągnął tego siłą – musiał zsyłać na roboty, urządzać łapanki, utrzymywać bandę oprawców - tu się pchają sami. Murarz Ali mówi: panie, czy to by Niemiec wymyślił, taką mordęgę: u nich Samstag, to Samstag – to musiał wymyślić Polak. - Ali, ale ciebie tu nikt na siłę nie ciągnął.- A za co bym dzieci wykarmił, za 60 000? Do tego żona na rencie.Wpadłem do baraku Kazika żeby zamówić stal (ustaliłem wreszcie, że on jest również, ale bez przesady, do tego jest właśnie) – Kaziu spał na biurku! Ja mu: „bum!”, a on jak automat za słuchawkę i: „ja, ja natürlich her Globke...”Wieczór. Szum, ryk, chlanie. Ja nie mogę – rypie mnie brzuch. Smród i syf wokół się zagęszcza i coraz bardziej drażni.Myślę o robocie. Trzeba dosłać minimum 20 ludzi, wymienić kierownika budowy, bo bez aktywnego kierowania nie wyda, zbadać ichnie technologie tynków, bo może być zdziwienie. Pod fajrant próbowałem o tym mówić z Piotrem, a on mi, że lepiej kupować w sklepach NORMA, niż KAISER, bo w NORMIE taniej.
sobota, 31 marca 2007
31 marca Wróciłem o 2000, a wyszedłem o 430. Autobus dowożący wszystkich na budowę w przeglądzie – totalny bałagan z dowozem ludzi busami. Kaziu dale koncert niezaradności. Co niektórzy robotnicy widząc niemożność zorganizowania tak prostej sprawy: trzy busy, dwa miejsca nocowania, miasto przejezdne - co niektórzy dojeżdżają na kradzionych rowerach pamiętających republikę weimarską. Miałem pierwsze betonowanie – pomyliłem się o 1 m3 – a niby zwykła geometria. Chyba za długo dyrektorowałem. Piotr podgrzał we wrogości do mnie odbiór zbrojenia: Statiker Dlaska odebrał, a ten zaczął doszukiwać się błędów – nie wiem co chciał osiągnąć. Wychodzi mi, że się na mnie naczaja. Zła wola. Romek się śmieje: „trzyma się stołka”. No, nieźle! A Rychu całkiem z boku. Wojtek się przygląda, ale ciągnie go do mnie. Mnie też chyba tylko do niego. Jestem trochę cienki w tutejszych technologiach: szalunki, sprzęt, akcesoria – dużo tego. W Polsce wielka płyta i robota na pamięć. Będzie nieletko.
piątek, 30 marca 2007
30 marca Praca od 700 do 1930 – dłużej ist verboten: Niemcy chcą ciszy, a to środek miasta. Najdroższa dzielnica w najdroższym mieście Europy. Czy oni to zbudowali bez nadgodzin? Taką zasobną ciszę poobiednią rozwalają dzikusy z betoniarkami, wibratorami i młotami udarowymi. W obdartych szmatach, chroniący się przed deszczem kawałkami folii, w którą tu zawijają cegły. Okazuje się, że wszyscy dostali ładne kurtki, ale wywieźli je do kraju żeby sprzedać na hali – tu występują w różowych, postrzępionych, foliowych ponczo z nadrukami POROTHERM.Po budowie krąży niejaki Kaziu C. – podobno majster, podobno kosztorysant. Nikt nie wie co on robi. Do tego bredzi głupoty. Ma sporo ponad 60 lat. Za to niemiecki perfekt. Jest też Wojtek, w kraju wysokiej rangi dyrektor i czynownik partyjny, tu w randze dziewczyny do wyliczania płac. Nie zna niemieckiego ni w ząb, ale daje sobie radę – komunikatywny jak szympans w warzywniaku. Jeśli jest prawdą, że na każdej budowie musi być ubek, to pewnie jest tu nim Wojtek. Chociaż nie, to by było zbyt proste. Może ten szofer Marcin? Zmęczenie do granicy wymiotów. Dwunastnica: wikalina i spać!
czwartek, 29 marca 2007
29 marca Na miejscu jesteśmy o 130. Padam ze zmęczenia. Ludzie na kacu zupełnym. Jestem wśród nielicznych, co są zmęczeni zwyczajnie - jazdą. Całą drogę czułem przyglądanie mi się, obwąchiwanie – nowy majster. Wszyscy raczej zadowoleni z życia – w końcu są na kontrakcie, gdzie się zarabia dziesięć razy więcej niż w kraju. Statystycznie więcej uśmiechów niż w osinobusie dowożącym tak zwaną klasę, czyli bazę do roboty.Pokój w suterenie – okno wysokie na pół metra, a parapet pod brodę. Trzy łóżka, dwóch lokatorów: ja i geodeta. Geodeta mrukliwy, ale bywalec kontraktowy. Wszystko lepkie i buro brudne w rogach i zakamarkach. Pobudka 545, wyjazd na budowę 615. Cieni szarych przemykanie. Drogi około 30 minut. Budowa duża, ciasna, zabałaganiona – brak myśli przewodniej. Kierownik Piotr K. rozkojarzony, pogubiony. Majstrowie do mnie jacyś czujni. Rezerwa, a nawet niechęć. Jest ich trzech: Rysiek – zastępca dyrektora gdyńskiego kombinatu, Tadziu – w kraju u Ryśka szef produkcji i Romek – chyba jednak życzliwy, w kraju był kierownikiem budowy szpitala na Zaspie - tu na etacie fizycznego. Zwiedzam budowę – szok! Organizacyjna klapa. Piotr nawet nie ma harmonogramu. Wygrywa na tym Rychu – majster na najważniejszym dla Niemców obiekcie, „jedynce”: wszystko idzie pod niego. Kierownik – to niebywałe! – nie istnieje. Jedyna jego przydatność, to język. Niemiecki Leiter robi cierpkie uwagi po próbie rozmowy ze mną – przecież jestem zielony – nur etwas, oświadczyłem, gdy zapytał czy szprecham, a to i tak na wyrost. Podszedłem Romka - opowiada, że Szyszka mnie tu zapowiadał od miesiąca jak wybawiciela. Takie kapcie: kraju byłem Piotra przełożonym , to teraz liczą, że wpłynę, że zdominuję, że nie wiem co. I stąd ten dystans Rycha, który faktycznie lideruje i Tadzia. Im dalej dnia, tym większy horror – dlaczego tak krzywdzą Piotra! W co ja wdepnąłem! Czytam dokumentację – dno: język, język, język. Zaczyna mi kręcić dwunastnica. Nic nie jem.
środa, 28 marca 2007
28 marca 1989 roku 810 – wyjazd. Upał majowy, prawie wszyscy w autobusie na wzbierającej fali. Do wódy, na ząb resztki ze świątecznych stołów i oranżada. Oranżadko, czuję, że zostajesz za mną, w socjalizmie zostajesz słodka. W obłoczku przedwczesnych zapomnień.
środa, 21 marca 2007
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||