pamiętnik sprzed dziewiętnastu lat
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
RSS
wtorek, 28 kwietnia 2009
WPIS OSTATNI

Kronika Optymisty, to ponad 200 stron maszynopisu. Na konkurs POLITYKI "Pamiętnik wielkiej zmiany" wystrzygłem z tej kroniki 20 stron - taki był regulamin. No i wygrałem. Jurorzy jednogłośnie... i tak dalej. W POLITYCE z 6 maja będą szczegóły. Spodziewam się wykupienia całego nakładu we wszystkich miastach, gminach i przysiółkach. Oczywiście jestem w stanie euforii. Żegnam się z wszystkimi. Kibicem zaprzyjaźnionych blogów oczywiście pozostaję - będę wpadał. Najlepsze jest to, że dzięki tej Kronice zyskałem przyjaciół, z którymi pozostaję w kontakcie.

Jarek Kroplewski

22:35, kroplewski-j
Link Komentarze (22) »
środa, 28 stycznia 2009
Dla tych co wiernie czytali

"Jak u mnie, to data może być aktualna. Tytuł: "Dla tych co wiernie czytali", a pod zdjęciem Twój komentarz. To by był ostatni już naprawdę zapis w kronice. Niedawno sprawdzałem - tam ciągle zaglądają. Aż się dziwię." kroplewski-j


fot. Timofiej & Kroplewski
Miałam napisać komentarz pamiętając, że to ostatni już wpis na Kronice Optymisty.
Wierni czytelnicy poznali doskonałe pióro autora. A ono z czasem - niczym dobre, gatunkowe wino - tylko nabrało jeszcze doskonalszego skrzypu podczas kroplowego pisania.
Jarek to literat, malarz, poeta, człowiek renesansu. Budowniczy budów, domu rodzinnego ale i... przyjaźni.
Nie dane mi było mieć brata - Jarka traktuję tak właśnie. I jak w rodzinie z prawdziwym bratem, "widzimy" się wirtualnie nadzwyczaj rzadko, ale zawsze wiemy, że możemy na siebie liczyć.
Nie wyobrażam sobie po prostu, żeby nie było go na ecodzien.pl, gdzie nawet specjalnie dla niego pierwszego, stworzyłam kategorię "Naj - artystycznie wybujałe".
Pierwszym wpisem była "Kropla w Brdzie", potem "Historia Timofieja", którą zamieszczono w Wikipedii. Po nich kolejne... Zapraszam w tag J. Kroplewski

niedziela, 21 września 2008

21 września 1990 roku - piątek

  No i koniec. Przed wyjściem usiądź na chwilę. Jak to było – dla domu, dla siebie, za tobą, przed tobą, co tam jeszcze. Grzegorz te czarne karty na pięć kupek układał. Co było w środku? Dla domu – długów nie ma, a jest jeszcze tyle, że kupię samochód używany i działkę, może ogrzewanie etażowe założę, może coś zainwestuję, bo pieniądz leci na zbity pysk. Dla domu – wróci odświętny tatuś w kapcie ... Dla siebie – wiem że jestem dobry i już nie muszę tego sprawdzać. Żadnej roboty się nie boję. Poznałem do tego takie malarstwo, że resztę, to olać. Poznałem uroki kapitalizmu i wracam przekonany, że kapitalizm to pułapka intelektualna pięknoduchów i cyniczne wnyki na ludków słabych. Za tobą – czterdzieści lat. Przed tobą – myślę, że spokojna bańka, choć kto to może wiedzieć. Co tam było z tą piątą kupką – coś  z sercem... Czy ja wiem… Koniec. Andrzej już trąbi. Jadę.

 Ale jaja, na korytarzu pod drzwiami były kwiaty i szklany ptaszek z kartką „dla Basi”. To Magda. Cudeńko nieodgadłe! I ptaszek i Magda. 

Zatrzymujemy się na granicy między RFN i NRD – pusto, kilkusetmetrowy pas sutej zieleni. Dziwnie dziewiczej. Minęliśmy puste posterunki jednych, przed nami też pewnie puste drugich. Mietek z Andrzejem jedzą śniadanie przed samochodem. Nawet nie zauważyli jak wywlokłem tą głupkowatą płytę „za lata łez” i rzuciłem w krzaki. Ten ostatni w Niemczech pas czystej natury zostanie wnet ucywilizowany i się będą dziwić jak tą płytę znajdą. Będą tłumaczyć napis i głowa kręcić. A może nic nie znajdą i tyle śladu po płycie, co po mnie. Cholernie mnie bolą od tego całego eksportu nogi.

 . 

koniec

00:05, kroplewski-j
Link Komentarze (69) »
piątek, 19 września 2008

19 września 1990

   

Wczoraj dzień pożegnania z Monachium, a wieczór u  Timofieja. Pokazał mi mundur, górę tylko. Jakaś szarża oficerska, sznury, tryzub – hmm, jeszcze jedna tajemnicza wyspa. Ja mu dałem nową łopatę – zakorbiłem Niemcom nówkę - był uradowany, potrząsał nią, przymierzał do grządek. Mówi, że starczy do końca życia  i nawet grób sobie zdąży nią wykopać. Może głupie, a może nie. Po ósmej wpadłem do na uniwerek do klubu. Był wieczór poezji! Autentyk. Po niemiecku, a jakże. Dosiadłem do trzech smutnych rusałek pod trzydziestkę, a że dekadencko smutne były przyniosłem im po kufelku. Poczęstowały mnie skrętem. Wszyscy to tam palili. Ja nie musiałem słów rozumieć. Poezja wibrowaniem wpływa do uszu i w serca nadstawione. Po północy wpadłem do baru na rogu. Ulli tam była jak pierwszy raz. Jej ratler i papierosy. Ten facet ją chyba rzucił. Ona mówi sucho: „nur Bock”. No pewnie, każdy by chciał do tego miłości. Zamówiliśmy po lufie maskowskoj  raz i drugi.  W środku nocy narysowałem jej portret na lewej stronie plakatu o konieczności ekologicznej utylizacji odpadów. Rysowałem jej tuszem do rzęs, pędzelkiem i palcami. Wszyscy bili brawo – wyszedł portret smutny, ale z figlikiem w oku. Barman obiecał oprawić i powiesić nad miejscem, gdzie Ulli zawsze siedzi. I na koniec jeszcze taki numer. Mówię do barmana: „już tu nigdy nie wpadnę”, a on mi odpowiada: „szkoda”. No to ja: „ Polak? No nie gadaj – Polak?”, a on: „nie wpadłeś na to?” Taki numer!

 A dziś się wyspałem, posprzątałem, jestem prawie spakowany. Teraz idę na ostatni spacer po Olympiaparku. A jurto ostatnie zakupy.
00:01, kroplewski-j
Link Komentarze (1) »
środa, 17 września 2008

17 września

 Pożegnanie z budową. Nie zaczynać niczego w poniedziałek, ale kończyć? – czemu nie. Chłopaki kupili mi wróbelka do otwierania piwa i zrobili płytę z betonu wielkości jak płytka chodnikowa z napisem „za bój za krew, za lata łez”, a dookoła deseń jak w serwetce haftowanej. Głupie.  Piwo, kurczaki, śpiewy chóralne. Jökel przyprowadził żonę, co, jak twierdzi Kazik, jest wydarzeniem nie lada. Kazik mi sprezentował popielniczkę, ja Kazikowi krawat ze słoniem. Kazik pokazał łezki. Słodkości powszechne do wysrania. Niby siedzę, niby piję,  a już mnie tu nie ma. Jutro dzień urlopu: basen, wylegiwanko – nie ma mnie dla nikogo. A do Gerda od kolorów nie zdążę.
00:00, kroplewski-j
Link Komentarze (4) »
wtorek, 16 września 2008

16 września

  Niedzielny obiad z Marianem i Mietkiem w chińskiej knajpie. Kolacja z Magdą. Usmażyła rybę, były lekko podsmażone warzywa – no stawanie na głowie.  Dziewczyna się na koniec popłakała. Mówiła coś o samotności: „tak mało mam czegokolwiek, a nasze spacery i rozmowy to tak dużo było w moim życiu...” Czyżbym przesadził ze swoją urodą? Chyba jednak nie. To jest typ wrodzonej samotności. Nie ma cela na ludzi. A w ogóle, to ona lubi czasem kwasu solnego popić, czasem na pineskach usiąść. A budyń, kremik, melba – to nie dla nas. Do dziesiątej słuchaliśmy Wysockiego. „... niedorozprobował wino..., po czniej winie...” Trochę dziewczyny żal. Taka gotowość do całkowitej miłości! Jak się który zdecyduje, to na pewno nie będzie na to zasługiwał. Taka proporcja. Na dokładkę nie odważę się jej zaproponować aerobiku.
00:04, kroplewski-j
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 września 2008

15 września

  

Po budowie tylko się przechadzam. Wczoraj wpadłem do Georga na Norden, zastałem samą Sonię – bukiecik oczywiście i kawusia - milusia. Sprezentowałem im album o zamku królewskim w Warszawie. Teraz się gryzę, czy nie przefajnowałem, bo tam jest dużo zdjęć po zbombardowaniu tego zamku przez Niemców – pomyślą, że daję do zrozumienia. Pożegnałem też rudą żonusię Holenza (odpiliśmy flaszkę czerwonego wina), a z tego później wyszedł niezły lapsus. Jökel  z Holenzem zaprosili mnie na obiad, a ja do Holenza „Ich habe gleich ihre Frau benutzen” - powinno być „besuchen”, ale taki mądry to jestem teraz, jak mam słownik. Skończyło się na śmiechu. Obwozili mnie po różnych miejscach. Starają się pokazać jak ważny dla nich jestem. Przed obiadem zwiedzanie wytwórni Porotherm – u. Na całe Monachium i okolice idzie ta produkcja, a obsługi 14 osób! Bezrobocie jak nie z tej, to z tej. Po obiedzie najnowszy węzeł betoniarski w Monachium – ful komputer. Chodzą koło mnie - to miłe. Tylko kto im nagadał, że mnie interesuje budownictwo.

  

A dziś po robocie kurczak i piwo. Jak obiecał, tak nas odwiedził Sladko z wytwórni listew – był radosny jak szpak na wiśniach. Ale nieuchronnie wleźliśmy na politykę. Tam u nich nie ma problemu wielkiego sąsiada – u nich są całkowicie zawikłane problemy narodowościowe. Z trudem unikaliśmy kłótni. Na koniec Marian zgarnął Sladko na MAN-a – pewnie będą dogorywać, albo pójdą na tańce.

Pod wieżą olimpijską i w alejkach jakaś impreza, winobranie, czy coś w tym stylu. Wszelkie mozelskie i reńskie. Szklankami. Na koniec fantastyczny koncert rockowy. Takie w klimacie Dorsów. Wchłonęła mnie grupka lekko poszarpanych Holendrów. Traktowali mnie jako ciekawostkę - Eskimosa, czy coś w tym stylu. Jestem przymulony i rozmarzony. Tak sobie myślę „co by tu jeszcze”. Tak chyba myślą bohaterowie powieści dwie strony przed końcem.
00:01, kroplewski-j
Link Komentarze (2) »
piątek, 12 września 2008

12 września 1990 - środa 

Skorzystałem z okazji, że miałem sprawy w centrum i wpadłem do muzeum, żeby się  pożegnać się z Baconem. Czy jeszcze kiedykolwiek będę widział takie malarstwo? Postałem jeszcze przed Renoir’em. Zapisałem: 

ślaz przeporanił się w granat

muśnięcia opadłych chwil

nie starcza cienina drżenie  

Zamiast na kwaterę, po robocie pojechaliśmy do Dachau na fest – trzeba było wydać kasę zarobioną przez Szymańskiego. Cały autobus w radosnej balandze. Wróciłem z rozmachem – taryfą.

00:06, kroplewski-j
Link Komentarze (4) »
czwartek, 11 września 2008

11 września

  

Trochę kucia jednak będzie. Dobrze, że Zygmunt tego nie widzi - jest w kraju. Marian spieprzył i teraz świeci oczami. Krokwie nie kładą się  w płaszczyznę. Niemcy nie widzą, bo to piątek, a Kaziu nic nie kapuje.

  Wieczorem przyjechał Marian i wyciągnął mnie na piwo. Rozpytuje o kontakty ze światem zewnętrznym, o układy. A ja żadnych specjalnych kontaktów nie mam. Tłumaczę mu, że zarządzanie, to nie kontakty – to osobowość. No nie powiem mu przecież, że on akurat osobowości do zarządzania nie ma. On może najwyżej zaganiać do roboty. No bo jak to jest z tym zarządzaniem. Zjeżdża się rodzinka, jedzą obiad, piją kawę, i po jakimś czasie krewniactwo układa się jak opiłki żelaza do magnesu w stronę tego, a nie tamtego wujka. Wcale nie najbogatszy, wcale nie najdowcipniejszy. To chyba jak słuch muzyczny – się ma, albo się nie ma. Co będę tłumaczył Marianowi, że on ma tego mało. W piaskownicy to nie on  decydował po której stronie babki z piachu ustawiać.
00:00, kroplewski-j
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 września 2008

9 września

   

Kapitalizm nie ma nawet kawałka ludzkiej twarzy. Enerdowski inżynierek się pogubił. Ma język, swobodę telefonowania, a posypał się. Przyjechał z prośbą, żebym załatwiał na skróty listwy tynkarskie, bo się nie potrafił rozeznać w katalogu i zamówił o kilka pozycji za mało. A tu zamówienia wchodzą do komputera i nie ma zmiłuj się. BTM – dostawca - musi mieć tydzień wyprzedzenia. A boi się ten młodziak Jökela jak burzy z piorunami. No to pojechałem w piątek do wytwórni, a tu niespodzianka: kranik ma w ręku brat Słowianin. Jugol Sladko okazał się otwarty na krowę żubrówki. Wypiliśmy po pół na kapelusz, Sladko zrobił spięcie w systemie i są listwy na skróty. Wiluś ma burzę z głowy, ja mam kolegę Słowianina. Kolega Słowianin bardzo słowiański - uniknął prawie nieuchronnej germanizacji. No więc zwiedziłem wytwórnię listew tynkarskich. Z katalogu, to Europa na całego, a w naturze... Stara hala na metr pogrążona w ziemi, okienka takie małe nad samiuśkim chodnikiem, zarośnięte glonami i błotem, w środku klepisko po kątach porośnięte mchem – żadnej podłogi, na kantówkach maszyny sterowane komputerowo w złożonym cyklu tną, gną, dziurkują, składają i na końcu pakują po dziesięć listew, a przy maszynach Jugolki i  Turczynki owinięte  w szmaty, że tylko nosy i dłonie wystają. Zimno i mokro, choć upał. Pod stopami każda ma kawałek brudnego od gliny styropianu. Jedynie sraczyki na podwórku - te ichnie Dixi – na poziomie ludzkim. Sladko jest szefem magazynu. Nad nim jest Niemiec, on przychodzi co rano, sprawdza wszystko i po godzinie znika. Na fajrant nigdy go nie ma, bo podobno nie może patrzeć na to upodlenie pracy – wrażliwy taki. A o czym rozmawiają Słowianie po pierwszej połówce? O polityce. Oburza go moja akceptacja dla stanu wojennego. Że u nich to by nie przeszło. No to ja jemu: dlaczego w tej piwnicy są Jugolki, a nie ma Polek, no to on mi: to są Bośniaczki. Sladko jest Serbem. Zaprosiłem Sladka na budowę na piwo sobotnie. Płakał i przysięgał, że będzie. Dlaczego Słowianom wódka się zamiast  w mocz, w łzy zamienia?

  

Obeszłam pożegnalnie zakamarki Olympiaberg. Śmiesznostka – nazbierałem grzybów. Grubachne brzozaki, kozaki i cztery młode kanie. Tu tego nie znają, a ja obieram, szykuję, przyprawiam, gotuję – będę miał naleśniki z grzybami. Sąsiada poczęstuję, Magdę złowię – niech posmakuje.

  To było w Kubusiu Puchatku, jak on wchodził do dziupli – było go coraz więcej w dziupli, a coraz mniej na zewnątrz. Ja już zaczynam być tak trochę w Polsce.
00:01, kroplewski-j
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32