|
|
Blog > Komentarze do wpisu
29 marca Na miejscu jesteśmy o 130. Padam ze zmęczenia. Ludzie na kacu zupełnym. Jestem wśród nielicznych, co są zmęczeni zwyczajnie - jazdą. Całą drogę czułem przyglądanie mi się, obwąchiwanie – nowy majster. Wszyscy raczej zadowoleni z życia – w końcu są na kontrakcie, gdzie się zarabia dziesięć razy więcej niż w kraju. Statystycznie więcej uśmiechów niż w osinobusie dowożącym tak zwaną klasę, czyli bazę do roboty.Pokój w suterenie – okno wysokie na pół metra, a parapet pod brodę. Trzy łóżka, dwóch lokatorów: ja i geodeta. Geodeta mrukliwy, ale bywalec kontraktowy. Wszystko lepkie i buro brudne w rogach i zakamarkach. Pobudka 545, wyjazd na budowę 615. Cieni szarych przemykanie. Drogi około 30 minut. Budowa duża, ciasna, zabałaganiona – brak myśli przewodniej. Kierownik Piotr K. rozkojarzony, pogubiony. Majstrowie do mnie jacyś czujni. Rezerwa, a nawet niechęć. Jest ich trzech: Rysiek – zastępca dyrektora gdyńskiego kombinatu, Tadziu – w kraju u Ryśka szef produkcji i Romek – chyba jednak życzliwy, w kraju był kierownikiem budowy szpitala na Zaspie - tu na etacie fizycznego. Zwiedzam budowę – szok! Organizacyjna klapa. Piotr nawet nie ma harmonogramu. Wygrywa na tym Rychu – majster na najważniejszym dla Niemców obiekcie, „jedynce”: wszystko idzie pod niego. Kierownik – to niebywałe! – nie istnieje. Jedyna jego przydatność, to język. Niemiecki Leiter robi cierpkie uwagi po próbie rozmowy ze mną – przecież jestem zielony – nur etwas, oświadczyłem, gdy zapytał czy szprecham, a to i tak na wyrost. Podszedłem Romka - opowiada, że Szyszka mnie tu zapowiadał od miesiąca jak wybawiciela. Takie kapcie: kraju byłem Piotra przełożonym , to teraz liczą, że wpłynę, że zdominuję, że nie wiem co. I stąd ten dystans Rycha, który faktycznie lideruje i Tadzia. Im dalej dnia, tym większy horror – dlaczego tak krzywdzą Piotra! W co ja wdepnąłem! Czytam dokumentację – dno: język, język, język. Zaczyna mi kręcić dwunastnica. Nic nie jem.czwartek, 29 marca 2007, kroplewski-j
|